Oczywiście nie mogłam przejść obojętnie... leżały brudne, ubłocone, słowem czarna rozpacz... jedne bez nóżek, inna bez oczu, jeszcze inna w podartym ubranku... przygarnęłam.... każdą od innego handlarza... i tak szłam przez pół miasta niosąc je w koszyku... tu rączka, tu warkocz, tam kokardka... wzbudzałyśmy niemałą sensację... w domu zadbałam, pomyłam, uprałam ubranka, naprawiłam oczka, uczesałam... teraz siedzą niemal na każdej szafie... a ja codziennie wpatruję się w oczka rozczochranej brunetki i zastanawiam się czemu są takie ludzkie? co? a może kogo tak wypatrują?.... mój mąż się ich boi, szczególnie tych celuloidowych... czyżby miał coś na sumieniu?... jako były lalkarz mam do tych pań wyjątkową słabość... wiem, że jak tylko trafi się okazja, kolejna lalka wyląduje ukryta w mojej torbie... potem dołączy do szafowych koleżanek dając mi nieziemską radość i powiększając kolekcję... bo taki jest właśnie los zbieraczy- nie mogą się opanować ;)... Wspaniałych "łowów" Wam życzę, niech cieszą oczy i serca ;)
