Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matka Boska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matka Boska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 maja 2013

majówka...


Jak mija Wam majówka?...
 bo u mnie pada..
powinnam wykorzystać niepogodę...
 i wreszcie przygotować dom na zbliżające się komunijne przyjęcie.....


motywacja jest, ale zdecydowanie gorzej z realizacją...
bo... nic mi się nie chce ;(....


najchętniej zaszyłabym się pod kocykiem...
 szydełkując nowy pled czy kolejną poduszkę...
i tak wymyślam :
a to harbatkę trzeba wypić..
 a to za chwilkę się zbiorę....


a to na chwilkę usiądę...
 a to na chwilkę do komputera zerknę...
a to może posta napisze, bo zrobione juz dawno zdjęcia czekają...
i tak mija kolejny dzień...
na wymyślaniu wymówek...


a mogłabym mieć już wszystko "z głowy"...
już się relaksować ...
już nie myśleć o strychowym pobojowisku...


ale nie!! ja jak zawsze...
co masz zrobić dziś- zrób jutro...
będziesz mieć dwa dni wolnego...


a potem panika, bo nie zdążę!!
bo jeszcze tyle się zostało!!
bo wszystko na ostatnią chwilę!!...


więc chyba jednak tym razem się zbiorę...
dopiję herbatkę i krokiem skazańca udam się na górę...
gdzie czeka na mnie mop, szczota i odkurzacz...
ech...
no chyba, że w międzyczasie znajdę kolejną super wymówkę ;)...


a dziś dla Was kwiatki:
papierowe, szydełkowe i te haftowane...
strasznie lubię połączenie haftowanych serwetek, poszewek
i szydełkowych dodatków...
tak się dziś napatrzyłam na te swoje serwetki, że aż mi się wyszywać zachciało ;)..
coś czuję, że nadszedł czas, by się z muliną przeprosić ;)

słonecznego i ciepłego weekendu Wam życzę...

p.s. serdecznie witam nowych Gości  i oczywiście nadal zapraszam na Candy ;)



piątek, 22 lutego 2013

Justynka, Tola i Ja....


Pewnego lata Justynka, Ja i Ania Wadera- Tolą zwana, wybrałyśmy się do Zakopanego...
świeżo po maturze, z głowami w chmurach i z karimatami pod pachami...
bez planowania, bez zarezerwowanego noclegu i niemal bez pieniędzy...
zupełny spontan...


lato tego roku było wyjątkowo upalne..
ale nam w niczym ten upał nie przeszkadzał...
zaczynałyśmy o 7 rano i przez cały dzień, aż do zupełnego zmroku łaziłyśmy po górach...
za prowiant służyły nam parówki i suche bułki...
a woda ze źródła smakowała jak najlepszy trunek... 
i tak dziesięć dni zwiedzania i wspinania...
Kasprowy, Giewont, Świnica..
 Tatrzańskie doliny, Morskie oko, gdzie kilka metrów od schroniska dopadła nas burza...



 po tak aktywnym dniu czekała nas nagroda...
zabawa w doborowym towarzystwie na Krupówkach....
nie było znużenia, marudzenia...
 wszystko było super...
góry wysokie i piękne..
górale rozśpiewani i niezwykle uczynni...
nawet parówki smakowały zupełnie inaczej...


......
los sprawił, że wróciłam w to miejsce dopiero po 20stu latach...
nawet nie wiem kiedy ten czas minął?...
wróciłam w innych okolicznościach przyrody...
i zupełnie nie mogę się odnaleźć...


brakuje mi tych wrażeń i tych zapachów z tamtych lat...
brakuje mi Toli, z którą urwał się kontakt...
ale dzięki Bogu widok za oknem pozostał taki sam...
i tak patrzę na Giewont i wspominam...
Justynkę mdlejącą pod nogami przystojnego metalowca..
Tolę w kucykach i cudnych piegach na nosie...
i siebie bez lęku wysokości, bez agorafobii, 
dla której nie było rzeczy niemożliwych ;) ...
och.... potrzebowałam tego urlopu...
jutro wracam do domu...
taka sama, ale zupełnie inna ;)...


ściskam Was gorąco spod samiuśkich Tater!!!...
jak widać po zdjęciach, nawet na krótkim urlopie szydełkuję ;)...
bo nie wyobrażam już sobie inczej ;)...



sobota, 4 sierpnia 2012

Maryjka tysiąca kawałków.....

Od zawsze marzyłam o takiej figurce...
miała być duża, koniecznie niebieska i koniecznie różańcowa...
docelowo miała trafić do przydomowej kapliczki....

wypatrywałam, więc odpowiedniej Maryjki na aukcjach...
aż wreszcie znalazłam...
o delikatnych, subtelnych rysach i zamyślonych oczach...
w sam raz dla mnie...
idealna i wymarzona...

niestety sprzedawca nie wymarzony...
zapakował ją jedynie w folię i wrzucił "latającą" do kartonu...
i tak dotarła do mnie...
w  kawałeczkach...
 i tego dnia wypłakałam oczy...
bo Maryjka miała być symbolem...
pamiątką....
 kupiona za pieniądze ze spadku...
bo Maryjka miała być od taty...

i wtedy postanowiłam...
skleję...
płakałam i sklejałam
 i skleiłam ;)...
tysiąc kawałków...
a gdy mąż wrócił z pracy i zobaczył mnie zaryczaną i ugilaną po pas...
na pocieszenie powiedział....
"chciałaś mieć rustykalną... to masz..." ;)
i tak powstała jedyna i niepowtarzalna...
rustykalna...
Maryjka tysiąca kawałków....

i zamiast do kapliczki Maryjka trafiła na honorowe miejsce przy kominku...
i jest z nami, w domu, przy domowym ognisku...
i cóż, że popękana, odrapana i posklejana...
ale moja ;)...

a gdy ujrzała ją pewna sąsiadka...
powiedziała...
"gdzieś na strychu taką miałam...
jak poszukam to przyniosę"...

i przyniosła....
z tymi słowami...
"znalazłam jedynie... głowę, reszta się chyba potukła"....
i tak "głowa" również znalazła honorowe miejsce w naszym domu ;)...
bo nie wyobrażam sobie inaczej...
bo nie potrafiłabym wyrzucić...
bo kocham takie piękno...
kocham taki niesamowity urok...
i "stojącą" za przedmiotami historię ;)...

a po weekendzie pokarzę Wam kapliczkę nad którą teraz pracuję...
 bo powoli łapię oddech po remontach i zaczynam mieć czas na to co uwielbiam ;)...
 i wyrywam też chwilę od szydełkowego szaleństwa, które mnie ogarnęło bez reszty...
żałuję tylko, że doba jest taka krótka, bo mam tyle do zrobienia hihihi...
ostatnio dosłownie mnie nosi ;)...
robię dwa koce jednocześnie, poduszki na krzesła, podstawki pod kubki....
maluję werandę, kapliczkę, ławkę przed dom...
a od jutra chlebowce i szafka na włóczki na tapecie...
padam ze zmęczenia, ale jest bosssko...
bo pasja i zamiłowanie dodaje mi skrzydeł....
cieszę się, że się nie nudzę i że mogę robić to co lubię najbardziej...


ściskam Was Kochani
i dziękuję serdecznie za wszystkie Wasze komentarze
które bardzo mnie motywują i z których cieszę się jak dziecko ;)
Wasza Agnieszka Niebieska ;)






czwartek, 17 maja 2012

bo.... w skansenie mieszkam

Jakiś czas temu zaproponowano mi pracę w nowo powstającym skansenie, miałam być plastykiem, dekoratorem i scenografem w jednym.... byłam oszołomiona i bardzo szczęśliwa, bo oto spełniało się moje życiowe marzenie... już wyobrażałam sobie jak doprowadzam stare wiejskie meble do ich pierwotnego stanu, jak zawieszam kilimy i makatki, jak cieszę się z każdego świętego obrazka i jak szukam dla nich miejsca na ścianach... plany miałam ogromne... cieszyłam się, że będę mogła połączyć swoją wiedzę, umiejętności i pasję....
i nagle spadłam na cztery łapy... przy okazji mojego zatrudnienia chciano ubić całkiem niezły interes... miałam zostać recepcjonistką, kelnerką, sprzątaczką i przy okazji wykonywać prace plastyczne... no cóż myślę, że wiedza entograficzna i doświadczenie wyniesione z teatrów nie przydałyby mi się w kelnerowaniu, więc podziękowałam za tak intratną ofertę... oczywiście wzbudziło to oburzenie Pani prezes, bo jak mogłam odrzucić taką propozycję... ja oczywiście również biłam się z myślami a nawet przez chwilę dłużej zastanowiłam się, czy aby dobrze zrobiłam, no bo w sumie miała to być praca w skansenie, więc może warto było schować swoje ambicje do kieszeni.... z takimi też mieszanymi uczuciami jechałam we wtorek właśnie do mojej niedoszłej pracy... bałam się, że jak tylko przekroczę progi karczmy czy herbaciarni pożałuję swojej decyzji... i... i normalnie padłam... okazało się, że powstający skansen oprócz nazwy nie ma nic wspólnego z prawdziwym skansenem...  w głównej mierze jest to jedna wielka gastronomia i hotelarstwo tyle, że w przeniesionych domach... do tego wszystkiego wyposażenie chałup stanowią meble i sprzęty z ikei... przeżyłam szok... nie wiem jak można dokonać takiej profanacji...
nie mam nic do biznesu samego w sobie, tylko czemu nie zrobić tego profesjonalnie?... czemu nie dać możliwości gościom, klientom, by spędzili noc, dzień, tydzień w prawdziwej wiejskiej chałupie... by cofnęli się w czasie o sto lat, by przeżyli przygodę i poznali trochę naszej historii i kultury... no coż, być może jestem spaczona w tym temacie, ale nie wyobrażam sobie jechać kilometrów, płacić grubej forsy, po to, by zobaczyć coś innego a dostać to, co w zasadzie każdy ma na wyciągnięcie ręki wystarczy tylko odwiedzić powyższy sklep lub kolejną koleżankę... i wcale nie trzeba wszystkiego "robić" na staro, można połączyć i jedno i drugie, by stworzyć ciepłe, ciekawe miejsce przyciągające ludzi właśnie swoją innością i klimatem...
ze skansenu odjeżdzałam z myślą, ze jednak intuicja mnie nie zawiodła... zaraz też musiałam odreagować i odwiedzić ten prawdziwy, z niebieską chatą, z makatkami i mnóstwem świętych obrazków....
ach zaraz też doładowałam się we własnym domu... i nic sobie nie robię z tego, że sąsiadka mówi mi, że starodawna jestem, a brat, że w skansenie mieszkam... dzięki temu moje dziewczynki mają dom jedyny w swoim rodzaju, a ja jestem najszczęśliwsza wsród swoich szmat, świątków i tych wszystkich staroci....