Żołądek przyssany do kręgosłupa i totala niemoc...
nie pozwalały mi dziś na moje codzienne szaleństwa...
skończyłam, więc to co powinnam zrobić już dawno...
i pozwolicie, że się ciut pochwalę...
a oto i moje dzieło...
będę bardzo wdzięczna za każdą Waszą opinię i sugestię....
słowa krytyki również mile widziane... ;)
a teraz NAJWAŻNIEJSZE....
Miała być kawa z cynamonem i poziomki zerwane prosto z krzaka...
miał być arbuz z miętą i borówki wielkości orzechów laskowych....
miała być pomidorówka z wiejskich pomidorów...
a na drugie mielone z ziemniaczkami i mizerią....
miały być rozmowy o szydełkowaniu i haftowaniu...
miały być rozmowy o codzienności, marzeniach i naszych pasjach....
miało być nawet ciasto "własnej roboty" pomimo tego, iż nie mam w czym go upiec....
ale najważniejsze...
miał być GOŚĆ!!!....
długo oczekiwany i śmiało mogę powiedzieć wytęskniony....
wszystko było przygotowane...
sprawdzone...
lodówka wypełniona po brzegi...
a ja szczęśliwa i nie mogąca się doczekać....
i co?....
i nie przewidziałam, że choroba zwali mnie z nóg...
leżąc w gorączce i dreszczach mogłam jedynie wysłać smsa, że przepraszam...
nie byłam w stanie wstać z łóżka, wyjść z domu, by złapać zasięg i zadzwonić...
i tak przeleżałam półprzytomna dwa dni...
a mój Gość wrócił do własnego domu...
a mi... a mi jest tak po ludzku bardzo, bardzo przykro...
bo tak czekałam i tak chciałam się spotkać z moją Monią...
Moniu bardzo, bardzo Cię raz jeszcze przepraszam...
serducho mnie boli jak cholera i jest mi naprawdę bardzo przykro, że nie udało nam się spotkać...
bardzo liczę na to, wręcz wierzę, że uda nam się zobaczyć i wreszcie wypić razem kawę...
z szybkością torpedy wyjadę po Ciebie pod umówione miejsce w mieście B...
by zabrać Ciebie do swojej niebieskiej chaty...
od dziś już wyglądam za Tobą ze swojego okienka ustrojonego w białe pelargonie....
Moniu wierzę, że się doczekam i że tym razem los nie pokrzyżuje nam planów....
ściskam Cię gorąco i bardzo, bardzo mocno....
fantastycznego i ciepłego weekendu Wam życzę ;)