pisząc ostatniego posta nie sądziłam, że kilka godzin póżniej moje spokojne dotychczasowe życie zmieni się tak bardzo...
wystarczył tylko jeden telefon...
i nagle z blogerskiego świata przeniosłam się w świat realny...
moje "nocne" życie zamieniłam na poranne wstawanie o nierealnej dla mnie godzinie piątej!!....
a nadmiar czasu został zamieniony na totalny brak czasu na wszystko....
a dlaczego?
a dlatego, iż zachciało mi się nowego doświadczenia....
i tak od dwóch tygodni jestem etatową ciocią....
ciocią dla 25tki rozbrykanych 3latków....
i dopiero teraz wiem jaka to ciężka praca...
nerwy trzeba mieć ze stali i jak mi ktoś powiedział- trzeba lubić dzieci...
a ja lubię... lubię, choć często chciałabym dosłownie stamtąd uciec....
i tak w przeciągu ostatnich dwóch tygodni złożyłam dwa razy oficjalne wypowiedzenie
- które spotkało się z totalną ignorancją ze strony dyrekcji..
usłyszałam jedynie, że mam "nie pękać"...
niemal codziennie zastanawiam się po tysiąckroć " co ja tu właściwie robię"? i "jak długo wytrzymam"?...
ale okazało się, że nie tylko ja mam takie wątpliwości, czyli jednak chyba wszystko ze mną ok ;) ...
i tak po ośmiu godzinach pracy w hałasie, po ośmiu godzinach powtarzania...
Dominik nie ruszaj, Dominik wracaj, Dominik zostaw to...
Gracjan uważaj, Gracjan nie wyrywaj...
Antek uspokój się, Antek ciszej, Antek siadaj...
przyjeżdzam do domu i padam dosłownie na pysk...
o 20stej śpię w objęciach Morfeusza jak dziecko...
co więcej, popołudniami latam jak opętana po lekarzach załatwiając potrzebne do pracy zaświadczenia...
i tak siłą rzeczy nocuję we własnym domu średnio raz w tygodniu...
nie widzę córek, kotów i nie mam swojego ukochanego niebieskiego świata..
nie mam siły, by zajrzeć i zostawić komentarz u ulubionych koleżanek...
słowem wariactwo totalne...
sama nie wiem, czy "gra jest warta świeczki"...
ale narazie w nią gram i staram się przynajmniej, aż tak bardzo wszystkim nie przejmować...
ech i powli zaczynam wreszcie dostrzegać plusy mojego obecnego "położenia"..
poznałam Panią K i Pana K, świetnych, przesympatycznych ludzi z pasją, bez których nie byłoby tak fajnie i chyba już dawno uciekłabym gdzie pieprz rośnie...
poznałam Panią B, uroczą, delikatną i ciepłą osóbkę, która powoli zaczyna ogarniać całe nasze małe towarzystwo..
ach... i najważniejsze...
pewien Oskarek uderza w histerię, gdy po przyjściu do przedszkola nie zastaje swojej "ulubionej" Pani i z wyrzutem pyta mnie "gdzie mnie nie było?"...
pewna mała Zuzia zasypia tylko wtulona w moje ramiona...
wspomniany Dominik, którego roznosi ADHD daje mi tulnięcia i mówi, że mnie kocha...
z Krystynką obserwujemy zegarek i odliczamy kiedy mama przyjdzie...
ach tylko czasem mi przykro, że przypadła mi rola "złego policjanta"...
ale gdyby nie mój doniosły ryk, chyba by sobie jak to mówi moja mama
tak więc moje drogie blogowe koleżanki wybaczcie mi moją nieobecność na Waszych blogach
staram się jak tylko mogę nadrabiać zaległość i podczytywać Wasze wpisy, nie zawsze mając siłę napisać komentarz...
dziękuję bardzo, bardzo gorąco za wszystkie WYRÓŻNIENIA jakie dostałam przez ostatnie dwa tygodnie...
jest mi strasznie miło i naprawdę bardzo się z nich cieszę...
i przepraszam jeżeli kogoś pominęłam, ale naprawdę nie ogarniam wszystkiego, gdyż czas dosłownie jak woda płynie mi przez palce....
wybaczcie również, że ja nie wytypuję swoich "godnych polecenia blogów"...
nie dlatego, że pałam niechęcią do wyróżnień, ale przede wszystkim dlatego, iż jest ich za dużo...
wszystkie w zakładce "uwielbiam" autentycznie podziwiam, podglądam i jak zaznaczyłam uwielbiam całym sercem...
po całym tygodniu totalnego wariactwa i pośpiechu nadrabiam w weekendy domowe zaległości a jak mi się uda staram się wyrywać też choć chwilę dla siebie i moich pasji, inaczej zwariowałabym totalnie....
szafkę ze zdjęć zrobiłam dwa tygodnie temu...
powstała ze starych drzwiczek od kredensu a drewniane boczki pomalowałam w moje ulubione kolory....
brakowało mi apteczki, więc z założenia szafeczka ma pełnić taką rolę....
natomiast szybkę sobie wyszydełkowałam ;)...
kiedyś zrobiłabym ją w jeden wieczór...
teraz zajęło mi to dwa tygodnie, robiłam wieczorami w których udało mi się być we własnym domu...
no cóż.. najważniejsze, że się w końcu udało ;)...
ach i zapomniałabym pomimo totalnego pośpiechu udało mi się odwiedzić swoje ulubione miejsce ;)...
finał moich odwiedzin?....
cała torba ukochanych makatek, firanka kołkowa, cudna niebieska maszyna, budzik z lat 30stych i boska niebieska puszka ;)..
o Matko!!! jak ja to kocham!!!! ;)....
i tym optymistycznym akcentem kończę ściskając Was serdecznie!!! ;)